Pędzę, lecę, gnam – o sztuce lansu i balansu.

Fluid na bazę, baza na krem z filtrem, krem z filtrem na dobrze oczyszczoną skórę, później wszystko przypudruj i spryskaj mgiełką…..

a gdzie jest prawdziwa twarz? Twoje prawdziwe ja?

Czy całe to poprawianie nosa, brwi, przebarwień służy uwydatnieniu czy ukryciu twojego prawdziwego JA?

I gdyby tylko na wyglądzie się to skupiało, ale kreowanie poprzez pudrowanie i koloryzowanie dotyczy również życia. A niektórzy sztukę lansu opanowali do perfekcji i jest tych niektórych coraz więcej.

Bo to taki typ, który:

pokona szczyt swoich niemozności – a tam szczyt! – całe pasmo jak Alpy, po czym zjedzie na tyłku z dziecięcą radością, nie zważając na potłuczenia, no bo przecież jak boli, to znaczy, że żyje i jest w działaniu; otrzepie tyłek po szalonym zjeździe i wskoczy na trampolinę, żeby wzbić się wyżej i pooglądać świat z lotu ptaka, bo przecież tak z ziemi to nudno, to nie można, bo trzeba sięgać wyżej i celować w gwiazdy.

Gwiazdy czy gwiazdorzenie?

Bój się i działaj, bo im więcej się boisz, tym bardziej spinaj poślady i działaj!

Bo tak trzeba, bo życie masz tylko jedno!

Trzeba czy można? A jak można, to czy trzeba?

Bo od samego czytania, czy słuchania człowiek się męczy 😉

Czy trzeba pokazywać siebie, jakby się było na wiecznym haju? Dla kogo ta kreacja?

Kto ma korzyść z takiego motywowania?

Autor takich tekstów buduje sobie wizerunek człowieka aktywnego do granic niemożności, czytając takie wpisy, zastanawiam się, co mu dolega, skąd taka nadpobudliwość?? to już nie jest aktywność tylko nad-aktywność.

Spróbuj zmusić konia do galopu, kiedy jest zmęczony – każde zwierzę położy się i odmówi współpracy, bo wie, że organizm musi się zregenerować, zanim podejmie następny wysiłek.

Życie zaczyna się poza strefą komfortu – a czym jest ta strefa komfortu, jeśli nie miejscem, w którym żyje się nam dobrze?

Życie jest wtedy, kiedy jest nam źle? Kiedy cierpimy?

Jak widzę/słyszę to zdanie, to mam dość!

Bo oczyma wyobraźni widzę człowieka, który zaczyna się zastanawiać, że jak to – jak jest mi dobrze, to jest źle? Ma mi być źle, żeby mi było dobrze?

Czujecie absurd?

Poza strefą komfortu na pewno dowiadujemy się o sobie wiele, np. na jakie wyrzeczenia, czy poświęcenia nas stać; jak działamy w stresie i kryzysie;

jakie mamy potrzeby. Tylko czy my musimy chcieć poznawać skalę naszych możliwości w kontekście wyrzeczeń?

Po co?

Co się dzieje, kiedy jesteśmy w ciągłym biegu, ruchu.

Otóż, gdy jesteśmy w każdej sekundzie naszej doby aktywnie zajęci działaniem na róznych obszarach: rano biegamy po domu, żeby przygotować się do wyjścia, ogarniamy przy tym dzieci, psa, kota i chomika, pędzimy do samochodu, a później samochodem przez miasto, żeby zdążyć na czas, odstawiając po drodze dziecię do szkoły, z obłędem w oczach poszukujemy miejsca do zaparkowania przed firmą, czy domem klienta, umawiamy spotkania z klientami, tak, że nie ma żadnej przerwy, więc są wieczne obsuwy, a co za tym idzie – gonitwy ciąg niczym niepowstrzymywany. Dalej biegiem po dziecię, na zakupy, z psem/ kotem na spacer, obiad dla rodziny i…..jak starczy czasu dla siebie, albo cokolwiek;

i dalej w pędzie – zajęcia dziecięcia, własne dodatkowe, bo przecież, żeby być w ciągłym ruchu, skorzystam z oferty kursu językowego (bez hiszpańskiego nie można przecież żyć), szkoły tańca (bo marzenia trzeba spełniać – najlepiej natychmiast), akrobacji (ograniczenia są po to, żeby z nimi walczyć) i jak się uda jeszcze coś z doby wykroić, to może drink ze znajomymi w klubie – oczywiście na szybko.

I tak mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem.

Biegniesz, pędzisz, gnasz.

Jesteś w ciągłym ruchu i stale się spieszysz.

Na co wtedy nie masz szansy? Bo czasu nie masz na nic, co ci pozwoli się na chwilę zatrzymać – śniadanie, spotkania z przyjaciółmi, spacer w parku, lekturę.

Nawet jak śpisz, to szybko, bo późno idziesz spać, a wcześnie wstajesz – ale nie na tyle wcześnie, żeby bez pośpiechu szykować się do wyjścia z domu.

Nawet kiedy spotykasz się z kimś, to od razu z zastrzeżeniem, że masz mało czasu.

Nawet jeśli usiądziesz na chwilę, to zarzucasz się pomysłami, jak zająć sobie następne godziny, dni, tygodnie.

Przed czym tak uciekasz?

Co cię goni, a ty nie chcesz pozwolić, żeby cię złapało?

W głowie zajętej ciągłym spieszeniem się, nie zagości refleksja nad życiem.

Zaprogramowanie na sukces i szczęście – bo MUSZĘ być szczęśliwym człowiekiem – nie pozwoli ci na refleksję: czego ci w życiu brak – tak prawdziwie,

albo czego nie lubisz i nie chcesz, ale masz i nie umiesz zaakceptować, więc może uda się to zgubić w tym szaleńczym pędzie.

Jeśli robisz mnóstwo rzeczy i często na raz – myśli twoje przeskakują w ułamkach sekundy z jednej kwestii na drugą;

W ciągłym rozproszeniu nie jesteś w stanie skupić się dłużej, niż na kilka sekund.

Nie dajesz mózgowi szansy na żadną głębszą refleksję.

W stanie rozproszenia myśli pojawiają się problemy z zapamiętywaniem, ponieważ bez skupienia informacja nie ma możliwości zakodować się w naszym mózgu i pozostać w nim.

Dzięki temu szybko myślimy i szybko zapominamy – jest to swoista ochrona przed nieprzyjemnymi bodźcami, ale tracimy też te pozytywne, te które czynią nas zadowolonymi z życia.

Aż w końcu zauważysz, że w twoim życiu nie ma relacji, bo ludzie, którzy cię otaczają są klientami, ewentualnie kumplami, ale na chwilę.

Odkrywasz, że tak naprawdę, gdybyś znalazł czas, to nie masz do kogo zadzwonić, no bo na pytaniu „co słychać?” szczególnie ciepłej rozmowy się nie zbuduje.

A bycie z samym sobą przeraża – gdy do głosu dochodzi cisza, to słyszysz w niej własne lęki, obawy, niespełnione nadzieje i niezaspokojone potrzeby.

Bycie niedoskonałym nie wchodzi w rachubę, a przecież słabość, niedomaganie, czy niezrealizowane marzenie to porażka.

Towarzysko realizujesz się głównie na portalach społecznościowych, ale właśnie dlatego, że kreujesz taki a nie inny swój wizerunek, więc inni cię podziwiają, zachwycają się, pytają o rady i ubolewają, że sami tak nie potrafią, bo nie są tak doskonali, tak świetnie zorganizowani, tacy energiczni.

Twoja samoocena rośnie, więc refleksje można odsunąć na bok.

Kim jesteś naprawdę? I dlaczego przeraża cię spokój w życiu, wiesz tylko ty – ale czy znajdziesz czas, żeby sobie odpowiedzieć na te pytania?

Bo szczęście to stan balansu między tym, czego oczekujemy, a tym, co mamy. A ,żeby odkryć, czego potrzebujemy i wiedzieć, co mamy – trzeba usiąść na chwilę i pobyć z własnymi myslami, dać sobie pozwolenie na emocje, które przychodzą: niezadowolenie, tęsknotę, złość, smutek, ale też radość i satysfakcję.

Pozwól sobie na niedomaganie, niedociągnięcia, niedoskonałość – jeśli się zastanowisz i znajdziesz sposoby ulepszenia, to super, ale jesli okaże się, że nie możesz w tej chwili nic z tym zrobić – to zaakceptuj to i idź przez życie dalej, bo w sztuce balansu chodzi o równowagę miedzy poszczególnymi sferami życia. Równowagę oczekiwań i rzeczywistości – jedno i drugie odkrywamy i ustalamy w spokoju i uważności.

Idź, nie biegnij, kiedy to nie jest konieczne i każdego ranka znajdź chwilę na refleksję o zamiarach, a każdego wieczora – o radościach minionego dnia.

Bo w wiecznym pośpiechu balansu nie odnajdziesz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.